O autorze
Bartłomiej Ciążyński.
radca prawny, prowadzi Kancelarie Prawną we Wrocławiu. Prezes Fundacji Inicjatywa Kapitału Społecznego. Trochę publicysta ("Rzeczpospolita", "Przegląd", "Dziennik Gazeta Prawna", krytykapolityczna.pl, liberte.pl). Lewak. Leming. Słoik z Kłodzka we Wrocławiu. Przewodniczący SLD we Wrocławiu #alwaysopenminded @BartekCiazynski b.ciazynski@wp.pl

Oby nie La La Land

Oscara za najlepszy film nie musi dostać "La La Land". Jeżeli tak będzie Akademia pokaże, że idzie środkiem, na łatwiznę, trochę nie ma ambicji, jest wręcz tchórzliwa. Niech wezmą przykład z Europejczyków, którzy w Caen wybrali zaangażowanego „Ja, Daniel Blake”. Stawiam na „Moonlight”.

Bukmacherzy i media obstawiają, że wygra La La Land. Uważam, że byłoby to nietrafione i … politycznie niepoprawne. Akademia nie powinna zamknąć oczu na amerykańskie problemy, na Trumpa, na izolacjonizm, nierówności. La La Land to film przyjemny, ładny, plastyczny, świetnie zrealizowany, no i po prostu musical, a te mają zawsze fory, bo są rzadkie i oddają hołd Hollywood klasycznemu i wielkiemu. Ale nie jest w ogóle zaangażowany, nie stawia pytań, nie porusza, to – co nie jest zarzutem – prosta historia miłosna. A czasy mamy politycznie temperamentne (w USA bardzo). W Europie triumf święcił „Ja, Daniele Blake” - Złota Palma w Caen. Współczesny „Zamek” Kafki, bardzo zaangażowany (jak to u Kena Loacha), społecznie uwrażliwiony, film o biurokracji, wykluczeniu (nie tylko dochodowym, ale np. też internetowym), nierównościach, ale też o ludzkiej życzliwości. Loach stawia pytania, na które – w zależności od percepcji, poglądów – widz będzie inaczej odpowiadał. „Ja, Daniel Blake” nie jest wyjątkowy w warstwie artystycznej, nie powalają zdjęcia i prowadzenie kamery, jest surowy, ascetyczny. Ale jest przede wszystkim WAŻNY. Dlatego dostał Złotą Palmę. I dobrze.



Amerykanie nie muszą dziś w nocy pójść na łatwiznę i wybrać film FAJNY, ale taki, o którym za kilka miesięcy nikt nie będzie pamiętał. Nie zrobili tak choćby rok temu, kiedy wygrał wspaniały „Spotlight” i do niego chce się wracać, o nim ciągle mówić. Czy ktoś będzie rozmawiał o La La Land jak zniknie z ekranów?

Dziś może wygrać „Moonligt” - wspaniały pod względem plastyki, zdjęć, gry, ale jednocześnie skromny i bardzo subtelny. Nie pozwala przestać o nim myśleć, pozostawia widza niespokojnym jeszcze wiele godzin i dni po wyjściu z kina. Porównują go do świetnego i przełomowego „Tajemnice Brookback Mountain” Anga Lee, ale „Moonlight” jest jeszcze lepszy, bo bardziej wyrafinowany i artystyczny, subtelniejszy. Przez to bardziej wierci w mózgu i sercu, wyciska więcej łez.
Albo „Manchester by the sea”. Surowy, ale wstrząsający. O hiobowym bólu i cierpieniu, ale nie pokazanym dosłownie. Przez to jeszcze ciężej się po nim poskładać w całość. Z wybitną rolą Casey'a Afflecka – tu powinien być Oscar za główną rolę męską.
Są jeszcze klasyczne wyciskacze łez: „Lion. Droga do domu”, który oprócz niesamowitej historii ma walor unaoczniania geograficznej niesprawiedliwości losów (rażąca bieda Indii vs pierwszy świat) oraz „Ukryte działania” - dobrze, choć zbyt poprawnie, zrealizowana historia o segregacjach rasowych lat 50' i 60' z lotem w kosmos (i Kevinem Costnerem) w tle.

W każdym razie rozdanie jest przyzwoite, jest w czym wybierać. Nie musi wygrać La La Land. Jeżeli tak będzie Akademia pokaże, że idzie środkiem, na łatwiznę, trochę nie ma ambicji, wręcz jest tchórzliwa. Niech wezmą przykład z Europejczyków, którzy w Caen wybrali „Ja, Daniel Blake”. Stawiam i trzymam kciuki za „Moonlight”.
Trwa ładowanie komentarzy...