O autorze
Bartłomiej Ciążyński.
radca prawny, prowadzi Kancelarie Prawną we Wrocławiu. Prezes Fundacji Inicjatywa Kapitału Społecznego. Trochę publicysta ("Rzeczpospolita", "Przegląd", "Dziennik Gazeta Prawna", krytykapolityczna.pl, liberte.pl). Lewak. Leming. Słoik z Kłodzka we Wrocławiu. Przewodniczący SLD we Wrocławiu #alwaysopenminded @BartekCiazynski b.ciazynski@wp.pl

Trump, czyli wstrząs

Kryzys finansowy z 2008 roku okazał się niewystarczającym wstrząsem. Musiał więc przyjść Trump.

Jest taki pogląd na lewicy, który wyraża np. Slavoj Żiżek, że dobrze, żeby Donald Trump zwyciężył, bo dopiero wówczas uda się coś na świecie zmienić. Nie zgadzam się z tym, ponieważ jest to filozofia „im gorzej, tym lepiej”, która nie ma nic wspólnego z racją stanu, interesem narodowym (w przypadku USA można mówić o interesie globalnym). Filozofia ta sprawdza się przy kalkulacjach politycznych, wyborczych, ale nie w realiach rządzenia.



Niemniej jednak trzeba sobie jasno powiedzieć. Amerykański establishment nie wyciągnął wniosków z gigantycznego kryzysu finansowego, który wybuchł osiem lat temu. Ameryka jest krajem pauperyzacji coraz większych grup społecznych, ubożenia tradycyjnej klasy średniej, upadku wielu tradycyjnych gałęzi przemysłu, ograniczonego i nierównego dostępu do usług publicznych (np. edukacja, służba zdrowia). Z drugiej strony jest krajem bajecznych fortun, coraz liczniejszej klasy zamożnych, krajem z Doliną Krzemową, startupami i innowacjami, a także krajem z najlepszymi na świecie uniwersytetami i największą liczbą noblistów. Słowem, USA jest krajem wielkich nierówności, dysproporcji i skrajności. I z tym niewiele w ostatnich latach – może poza okrojoną reformą służby zdrowia – zrobiono. Dlatego Amerykanie powiedzieli: dość!

Oczywiście, że Hillary Clinton byłaby lepszym prezydentem i lepiej radziłaby sobie z tymi wyzwaniami. Ale Partia Demokratyczna strzeliła sobie w stopę, wybierając – przy takich nastrojach – kandydata kontynuacji: byłą pierwszą damę, była Sekretarz Stanu, obecną w Waszyngtonie od trzydziestu lat. Zyskał natomiast miliarder celebryta, który wskazał – nieprawdziwie – winnych katastrofie.

Mamy więc rok cudów. Brexit, Turcja, Węgry, Polska, teraz Trump. Nikt już nie powie, że w 2017 roku, we Francji – kolebce demokracji i praw obywatelskich – nie może wygrać Marie Le Pen, w poprawnych politycznie Niemczech sięgnąć po władzę antyimigrancka AfD, a w Austrii prezydentem zostać kandydat FPO. Wszystko jest możliwe. Czasy są rewolucyjne. Taki „koniec historii” a rebours. I to z powodu nierówności, niesprawiedliwości, nie-solidarności, rezygnacji jeszcze w latach osiemdziesiątych z filozofii państwa dobrobytu na rzecz neoliberalnego kapitalizmu, prawa dla korporacji, a nie dla ludzi, oddalania się władzy i instytucji od obywateli.

Polityka jest dziś jak trzęsienie ziemi z powtarzającymi się wstrząsami. Dziś mamy kolejny wstrząs. Pewnie dotychczas najsilniejszy. Czy potrzebujemy kolejnego? Oby nie. Bo świat już tego po prostu nie wytrzyma.
Trwa ładowanie komentarzy...