Ekstraklasa jest zakładnikiem kiboli

Wrocław zainwestował w drużynę piłkarską 100 milionów złotych. Pomimo to Śląsk Wrocław ma tak słabą markę, że nikt nie chce go od miasta odkupić. Dlaczego?

Decydując się kilka lat temu na finansowanie klubu z miejskiego budżetu prezydent Dutkiewicz nawarzył piwa, które – nie kto inny jak on sam – musi teraz wypić. Choć to piwo gorzkie. Świadczy o tym brak zainteresowania sponsorów i to, że w kwietniu Wrocławskie Konsorcjum Sportowe, skupiające trzech lokalnych przedsiębiorców i powołane celem odkupu klubu od miasta ogłosiło, że akcji od gminy nie kupi. Głośno jest o kwotach, jakie dotychczas miasto utopiło na finansowaniu Śląska. Od 2009 roku miasto „zainwestowało” w WKS prawie 60 milionów złotych. To nie wszystko, ponieważ do tej kwoty należy doliczyć 13 milionów pożyczki od miasta dla klubu plus pożyczki od spółek komunalnych (7 milinów od Spartana, 4 miliony od MPWiK) i dokapitalizowanie piłkarskiej spółki kwotą 17 milionów zł, a także 1,3 mln zł odszkodowania za zerwanie kontraktu z trenerem Ryszardem Tarasiewiczem. Tym sposobem zrobiło się ponad 100 milionów na klub, który obecnie plasuje się w dole tabeli Ekstraklasy. Obrazu porażki tej miejskiej „inwestycji” dopełnia frekwencja na meczach – na 45-tysięczny stadion przychodzi kilka tysięcy kibiców (ostatnio 5 – 7 tys.), co czyni wrocławski Stadion Miejski procentowo najsłabiej obsadzonym w całej lidze. Niewielu wrocławian chodzi na mecze i większość nie chce dokładania do klubu pieniędzy z miejskiej kasy. Tym bardziej nie wygląda dobrze, że klubem zarządzają sowicie wynagradzani zaufani prezydenta Dutkiewicza, np. dyrektor sportowy i zarazem radny miejski Wojciech Błoński, czy sekretarz miasta i członek rady nadzorczej Śląska Wrocław Włodzimierz Patalas. Słowem, jest źle.



Dlaczego? Przecież piłka to ukochany sport Polaków, co wzmaga się na fali sukcesu reprezentacji narodowej na Euro 2016, a WKS jest klubem z tradycją i osiągnięciami (dwukrotny Mistrz Polski, trzykrotny wicemistrz). Dlaczego Śląsk stał się jak brzydkie kaczątko, które jednak nie może – pomimo tak znaczącego wsparcia od miasta i wielkiego stadionu - wypięknieć, przeobrazić się w ukochany klub piłkarski wrocławian, z sukcesami w Lidze Europejskiej (i stąd płynącymi pieniędzmi) i pełnymi trybunami oraz sponsorami?
Żeby klub piłkarski mógł z powodzeniem funkcjonować potrzebuje pieniędzy na działalność. Skąd je wziąć?

Po pierwsze, od inwestora strategicznego, czyli sponsora tytularnego. W Śląsku tym inwestorem od lat jest miasto (logo Wrocławia ma też widnieć na koszulkach piłkarzy), a to sytuacja na dłuższą metę niedobra. Klub może być dofinansowany przez jednostkę samorządu terytorialnego, ale to powinna być sytuacja tymczasowa i służąca celowi w postaci znalezienia innego sponsora. Tak było np. w Madrycie i Poznaniu. Miasta dofinansowały swoje drużyny dzięki czemu polepszyły się wyniki sportowe i wizerunek (marka) klubu, a w konsekwencji znaleźli się sponsorzy i udziały można było, choćby w części, sprzedać. We Wrocławiu wieloletnie finansowanie klubu nie przynosi efektów. Śląsk stał się studnią bez dna.

Po drugie, od kibiców. Skoro stadion miejski świeci pustkami to wiadomo, że wpływy ze sprzedaży biletów są nikłe. Na przykład Legia Warszawa zarabia ze sprzedaży biletów ok. 1 miliona za mecz na Łazienkowskiej. Przy obłożeniu rzędu 5 tysięcy kibiców rozegranie meczu przy al. Śląskiej nawet się nie kalkuluje.

Po trzecie, ze sprzedaży praw do wizerunku. Czyli de facto również od kibiców. Klub może czerpać ogromne zyski ze sprzedaży koszulek, gadżetów, reklam na stadionie, powierzchni na koszulkach, vipowskich loż etc.

Po czwarte, pieniądze potrzebują dobrego managera, a wziąwszy pod uwagę wszystkie problemy WKS-u (słaba gra, niska frekwencja na trybunach, brak sponsora tytularnego, mało reklamodawców), z porządnym zarządzaniem w klubie w ostatnich latach było słabo. Potwierdził to właśnie właściciel, czyli miasto, które odwołało z funkcji prezesa Żelema. Nowy manager nie powinien być z nadania politycznego.

Żeby zyskać znaczące wpływy od kibiców i ze sprzedaży wizerunku klub musi być dobrą marką. Jak będzie marka, to i znajdzie się inwestor, o którym pisałem „po pierwsze”. Śląsk nie ma dobrej marki. Dlaczego? Bo nie kojarzy się z gwiazdami na murawie, widowiskiem i dobrą zabawą na nowym i wielkim stadionie, a nawet relatywnie niedawnym mistrzostwem Polski (2012 r.). Śląsk Wrocław kojarzy się z burdami i chuligaństwem, odpalonymi racami, agresją kiboli, stadionowym rasizmem, szalikach WKS-u na karkach uczestników manifestacji NOP-u i ONR-u, liderem kiboli, który zasłynął napisaniem książki o znaczącym tytule „Jak pokochałem Adolfa Hitlera”. Nie dziwne, że trybuny są pustawe, a sponsorów brak.

Przerabiali to Anglicy w latach osiemdziesiątych. Od kiedy wytoczyli bezwzględną walkę ze stadionowym chuligaństwem drużyny z Premiership zaczęły notować lepsze wyniki w Europejskich Pucharach, trybuny wypełniły się rodzinami, a w konsekwencji tego „stadionowego skoku cywilizacyjnego” w angielskiej piłce pojawiły się ogromne pieniądze. Teraz angielska liga – obok hiszpańskiej – to najlepsza liga świata.

Coraz więcej lokalnych polityków, działaczy sportowych, a przede wszystkich samych wrocławian, w tym kibiców, chce, żeby miasto pozbyło się udziałów w Śląsku Wrocław, których ma ponad 50%. Wydaje się, że dojrzał do tego również magistrat w prezydentem na czele. Przecież temu służyły co prawda zakończone fiaskiem, ale jednak toczące się wiele miesięcy negocjacje z Wrocławskim Konsorcjum Sportowym. Prezydent Dutkiewicz zdecydował przed laty o zaangażowaniu miasta w finansowanie, a de facto utrzymywanie Śląska Wrocław i w konsekwencji ponosi odpowiedzialność za ten klub i za pieniądze, które na niego zostały przez lata wyłożone z komunalnej kasy.

Prezydent powinien opracować mapę drogową uzdrowienia sytuacji w Śląsku Wrocław. Po pierwsze, na stanowisko prezesa piłkarskiej spółki powinien zostać powołany manager nie z politycznego nadania. Okazja właśnie się pojawiła. Po drugie, miasto musi wdrożyć politykę zera tolerancji dla agresji, chuligaństwa, rasizmu kiboli Śląska Wrocław. Jak Śląsk przestanie być zakładnikiem kiboli, to szybko na stadionie pojawi się więcej kibiców, atmosfera wokół klubu się oczyści, co pociągnie za sobą polepszenie wizerunku (marki) WKS-u i w rezultacie więcej pieniędzy w klubowej kasie i pewnie lepsze wyniki zespołu. Stąd, już tylko rzut kamieniem do znalezienia sponsora i sprzedaży udziałów miasta w piłkarskiej spółce. Proste? Raczej nie. Ale trzeba zawalczyć. Śląsk Wrocław musi przestać być zakładnikiem kiboli.

Artykuł ukazał się w Gazeta Wyborcza Wrocław
Trwa ładowanie komentarzy...